Odwołanie czeskiego rządu, podczas gdy ten bierze odpowiedzialność za pogrążoną w kryzysie Unię Europejską, będzie wypominane dyplomatom z Pragi przez lata. Z perspektywy ich zagranicznych kolegów, którzy nie śledzą zawiłości czeskiej polityki, taki ruch był zupełnie niezrozumiały. Sytuację dodatkowo komplikuje wstrzymywanie przez Pragę ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego. Francuzi mogli by powiedzieć: „A nie mówiliśmy?”
Nowy premier Czech? Obecny minister finansów Miroslav Kalousek (KDU-ČSL) jest najczęściej wymienianym kandydatem na następcę Topolánka. Jego zadaniem miałoby być doprowadzenie do końca czeskiej prezydencji i poprowadzenie kraju do przedterminowych wyborów. [foto: eu2009.cz]
Po trudnych przejściach z gazem i Gazą, gabinet Mirka Topolánka zaczynał sobie radzić za unijnymi sterami coraz lepiej. Potwierdzały to zarówno opinie z zagranicy, jak i sondaże opinii publicznej prowadzone w Czechach. Niektórzy twierdzą wręcz, że wzrost popularności prawicowej ODS był jednym z głównych powodów, dla którego czescy socjaldemokraci zażądali głosowania o wotum nieufności. Patrząc jednak na dalszy bieg wydarzeń, widać że lewica nie do końca wierzyła, że tym razem rząd upadnie. Miało to być tylko kolejne głosowanie, które pozwoli z trybuny sejmowej wykrzyczeć sprzeciw wobec polityki Topolánka i jego ekipy.
Sukes opozycji był więc zaskoczeniem nie tylko dla Europy, ale również dla lidera Czeskiej Partii Socjaldemokratycznej Jiřego Paroubka. Jeszcze przed głosowaniem o wotum nieufności zarzucano mu, że nie ma przygotowanego żadnego planu awaryjnego dla kraju. Paroubek zaprzeczał, bo plan faktycznie był, ale zawierał się w jednym zdaniu: Obecny gabinet dokończy w dymisji prezydencję w Radzie UE, a później rząd ekspertów poprowadzi kraj do jesiennych wyborów przedterminowych. Ten mało konkretny scenariusz miał podstawowy błąd: nie brał pod uwagę głównych aktorów czeskiej sceny politycznej.
Kiedy 26 marca prezydent Václav Klaus przyjmował dymisję rządu było już jasne, że plan opozycji pozostanie tylko na papierze. Co gorsza ciężko mówić o jednym "planie opozycji". Ramię w ramię z socjaldemokratami głosowali komuniści, którzy teraz marzą o wyjściu z trwającej dwadzieścia lat izolacji. Paroubek musi im się jakoś odwdzięczyć za pomoc w obaleniu rządu, ale wpuszczenie komunistów do rządu byłoby dla niego politycznym samobójstwem. Partie tworzące zdymisjonowany gabinet również mają poważne problemy z wypracowaniem wspólnego stanowiska. Trwające drugi tydzień negocjacje nad wyjściem z kryzysu dodatkowo utrudnia kampania przed wyborami do Parlamentu Europejskiego.
Jest jednak coś, co silnie motywuje partyjnych liderów do zawarcia porozumienia – niechęć do prezydenta. Konflikt między Klausem a Topolánkiem trwa już od wielu miesięcy. Premier wprost oskarżył prezydenta, że stoi za odwołaniem jego rządu. Paradoksalnie w niezłych stosunkach z Klausem jest teraz Jiří Paroubek, który gościł niedawno prezydenta na kongresie swojej partii. Przepaść ideologiczna między nimi jest jednak tak wielka, że o żadnym długotrwałym sojuszu nie może być mowy. Czeska konstytucja pozwala głowie państwa mianować premierem kogokolwiek. Nawet jeśli ta osoba nie zyska zaufania parlamentu, może sprawować urząd w dymisji, teoretycznie do końca kadencji. Jeśli parlament chce przeforsować własnego kandydata, musi pokazać Klausowi, że ma osobę, którą popiera większość posłów. Jak na razie partyjni przywódcy zgodzili się więc, że w nowym rządzie zasiądą eksperci. Nie wiadomo jednak kto stanie na jego czele i kto tych ekspertów będzie wybierał. Nazwisko przyszłego premiera mamy poznać do końca tego tygodnia, walki o nazwiska poszczególnych ministrów będą jednak pewnie trwały przez długie tygodnie.
Z perspektywy Unii Europejskiej bardzo ważna jest data powołania nowego rządu. Już w dzień dymisji starego gabinetu, prezydent Klaus stwierdził, że nie zamierza czekać z mianowaniem nowego premiera do końca czeskiej prezydencji, co więcej szefem nowego rządu wcale nie musi zostać Topolánek. Oznacza to, że za kilka tygodni na czele unijnej prezydencji może stanąć zupełnie nowy człowiek. Jeśli nawet Czesi nie zdecydują się na taki ruch, niemal pewne jest, że w trakcie prezydencji zmieni się skład rządu. Jeżeli wymiana dotknie tak kluczowych postaci jak minister spraw zagranicznych Karel Schwarzenberg albo wicepremier ds. europejskich Alexandr Vondra, Unia Europejska może to odczuć bardzo wyraźnie.
Kolejna istotna dla Wspólnoty kwestia, to przyszłość Traktatu Lizbońskiego. Czeski parlament jako jedyny nie zakończył procedury ratyfikacyjnej. Dokument przeszedł w lutym przez Izbę Poselską, ale od tamtego czasu na dobre utknął w Senacie. Jego ratyfikację blokuje grupa senatorów ODS, którzy za swojego duchowego opiekuna uważają prezydenta Klausa, wspomagają ich tradycyjnie antyunijni komuniści. Po drugiej stronie barykady są socjaldemokraci, proeuropejska część ODS i ich koalicjanci z klubu KDU-ČSL. Topolánek od dłuższego czasu nie miał pomysłu jak przekonać swoich klubowych kolegów do poparcia traktatu. Upadek rządu dodatkowo osłabił jego pozycję wewnątrz ODS. Jeśli prezydentowi uda się teraz powołać rząd złożony z ludzi o podobnych poglądach, sytuacja wokół ratyfikacji jeszcze bardziej się skomplikuje. Nadzieją dla traktatu będą wówczas dopiero przyszłoroczne wybory uzupełniające do Senatu. Jeśli zgodnie z przewidywaniami wygrają je socjaldemokraci, zwolennicy traktatu mogą zdobyć wystarczającą ilość mandatów. Wówczas będzie już tylko brakowało podpisu prezydenta. Pozostaje tylko jedno pytanie: czy wcześniej pozostałe kraje Unii nie stracą do Czech cierpliwości?