Dziś w czeskim dzienniku Mladá fronta Dnes, czeski prezydent Václav Klaus wezwał światowych przywódców do ponownego przyjrzenia się sytuacji na Kaukazie. Jego zdaniem odpowiedzialni za wybuch wojny są władze gruzińskie.
Klaus z niepokojem patrzy na zaangażowanie światowych polityków w rozwiązanie kaukaskiego problemu i zarzuca im hipokryzję oraz przedkładanie własnych interesów nad interes mieszkańców regionu. Czeski prezydent, przyjaciel Lecha Kaczyńskiego, z którym podziela poglądy na temat Unii Europejskiej, zajął w ten sposób diametralnie inne stanowisko w sprawie konfliktu Gruzji. Inaczej niż czeski prezydent wojnę interpretuje czeski rząd, który skrytykował ofensywę rosyjską i opowiedział się za integralnością terytorialną Gruzji.
Ostatnie spotkanie Lecha Kaczyńskiego i Václava Klausa odbyło się pod koniec lipca w rezydencji czeskiego prezydenta w Lanach niedaleko Pragi. Prezydenci w przyjaznej atmosferze rozmawiali wówczas o perspektywach Traktatu lizbońskiego.
[Foto: www.prezydent.pl]
Pełen tekst komentarza Václava Klausa na temat wojny na Kaukazie:Stwierdzenie, że jestem zaniepokojony ostatnimi wydarzeniami na Kaukazie, byłoby nieprecyzyjne. Nie wystarczająco silne wyrażałoby uczucia, które się z tym wiążą. To co się stało w Gruzji, dosłownie napawa mnie odrazą. Mam tu na myśli nie tylko to co się tam dzieje, ale również sposób w jaki jest to politycznie i medialnie odbierane i interpretowane.
[tłum: JG]
Rozpoczęcie akcji wojskowej, w której ginie wielu cywili, jest zawsze złe i nie do przyjęcia, ale wywołać coś takiego właśnie teraz, na obrzeżach Europy, w dzień rozpoczęcia Igrzysk Olimpijskich jest podwójnie nie do przyjęcia, nawet jeśli jest to konflikt, którego korzenie sięgają setki lat wstecz.
Rola gruzińskiego prezydenta, rządu i parlamentu w odpowiedzialności za wywołanie wojny jest niepodważalna i ewidentnie fatalna. Odrzucam hipokryzję, która mówi: "już się stało, nie pytajmy dlaczego, teraz trzeba znaleźć rozwiązanie".
Dopóki otwarcie nie powiemy, kto zaczął ten konflikt i w jakim celu, nie znajdziemy trwałego i sprawiedliwego rozwiązania. Tylko będziemy w kolejnych miejscach konfliktu (Irak, Bośnia, Kosowo, Darfur) umieszczać swoje wojskowe "pokojowe" oddziały, które tylko konserwują problemy, nie rozwiązują ich tylko odkładają je na później.
Porównania z przeszłością same się nasuwają, ale w swoich szczegółach są zawsze w pewnym sensie niedokładne. Podstawowy koncept zawsze jednak pozostaje ten sam.
Naturalnie, w pierwszej kolejności konieczne jest natychmiastowe zaprzestanie operacji wojskowych przez wszystkie strony konfliktu. Nie można jednak zbudować na kłamstwie trwałego rozwiązania całego problemu - nawet jeśli nam, czy naszym sojusznikom odpowiada ono z powodów bieżących, czy strategicznych interesów geopolitycznych.
Nie można okłamywać siebie i społeczeństwa. Nie opłaciło się to w Iraku, na Bałkanach i innych miejscach konfliktów, nie opłaci się to również w Gruzji. To jest nie tylko nieszczere, ale ze wszech miar niebezpieczne.
Jest niepokojące i smutne, kiedy widzimy, że zagraniczne zaangażowanie ma na celu nie rozwiązywanie bolączek miejscowej ludności, tylko swoje własne cele. Kaukaz jest przede wszystkim domem ludzi. Nie powinien nikomu służyć jako pretekst w polityce międzynarodowej.
Trwająca od niecałych dwóch tygodni wojna nie ma swoich korzeni w dniach, które ją poprzedzały. Chodzi o bolesny i latami nierozwiązywany problem, z którym nie poradziły sobie żadne kaukaskie reżimy. Spokój na froncie jest koniecznym warunkiem, aby strony konfliktu zaczęły rozwiązywać te stare problemy, na drodze wspólnych negocjacji i przede wszystkim własnymi siłami, a nie według scenariusza tych, którzy kierują się tylko swoimi własnymi interesami.